1922 - 2017

BRONISŁAWA FRANCUZ

  • URODZONY:  1922
  • ZMARŁA: 2017
  • TEKST: Dani Garavelli, for The Scottish Catholic Observer
  • TŁUMACZENIE: Kasia Jaworska, Sikorski Polish Club, Glasgow
  • OPRACOWANIE: Aneta Hoffmann, FUNDACJA ZNAKI PAMIĘCI (2026)

Zapomniane istnienie, o którym musimy sobie przypomnieć

W marcu została pochowana Polka. Na jej pogrzebie nie było nikogo z rodziny, jednak Dani Garavelli odkryła, jak niezwykle, smutne, i zapomniane było życie tej kobiety.

Prosto z pracy, włosy związane w kucyk – piec opiekunek z domu opieki społecznej wchodzi do kościoła sw. Heleny w Langside, Glasgow, aby uczcić odejście jednej z podopiecznych – Bronisławy Francuz. Rzędy za nimi są pełne, nie członków rodziny – tych nie miała w Wielkiej Brytanii – ale parafian, którzy jej nie znali, a jednak przyszli ja opłakiwać.

Broni nigdy nie mogła zaświadczyć o własnych przeżyciach. Fizycznie niepełnosprawna od urodzenia, miała tez problemy z komunikacja, chociaż ci którzy spędzali z nią czas twierdza, że pamiętała większość rzeczy które przytrafiły jej się w ciągu 94 lat życia. Historia jej życia – opowiedziana przez księdza w trakcie pogrzebu – jest ponadczasowa i uniwersalna. To historia o tym, jak wojna formuje i burzy, jak rozdziela rodziny, rozrzucając je przypadkowo po kontynentach, i jak dosięga kolejnych pokoleń, tak ze ci urodzeni długo po podpisaniu traktatów pokojowych nadal są dotknięci jej niszczycielska mocą.

Ułożona i kochająca, Broni miała 17 lat kiedy wybuchła II wojna światowa. Gdy Polska została napadnięta przez Niemcy od zachodu, a potem przez Sowietów od wschodu, rodzina Francuzów – ojciec Jan, matka Ludmiła, Broni, oraz trójka jej młodszego rodzeństwa, Eugenia, Olga i Antoni – znaleźli się wśród 1,7 miliona Polaków zesłanych do gułagów na Syberii. Dwa lata później, po napaści Niemiec na Rosje i kiedy Rosja stała się sojusznikiem, dołączyli do europejskiej armii wysiedleńców i maszerowali tysiące mil przez Uzbekistan, Iran, aż dotarli do obozu uchodźców w Valivade w Indiach.

Kiedy Indie uzyskały niepodległość w 1947 roku, rodzina została wysłana z Bombaju (teraźniejszego Mumbaju) do Liverpoolu statkiem TSS Empire Brent. Nadal można zobaczyć ich nazwiska na internetowej liście pasażerów: pięcioro Francuzów (ojca nie ma na liście) wśród tysiąca innych Polaków, Możemy ich sobie wyobrazić, stojących przy burcie, płynących w kierunku kolejnego obozu dla uchodźców: the Blackshaw Moor Camp w Staffordshire.

Po kolejnych siedmiu latach spędzonych w tymczasowych kwaterach, rodzina zdecydowała wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. I sprawy mogły ułożyć się dla nich pomyślnie, gdyby nie biurokracja. Rodzeństwo Broni bez problemów przepłynęło Atlantyk miedzy rokiem 1955 i 1957. Jednak rok później, Jan i Ludmiła podjęli decyzje, która zaważyła na ich późniejszych losach.

Przenieśli sie do Ameryki, żeby załatwić dla Broni koniecznie dokumenty i umożliwić jej dołączenie do rodziny, zostawiając ja jednocześnie z zaufana znajoma w Blackshaw Moore. To miał być zwykły proces administracyjny, ale skończyło sie inaczej. Pomimo pisemnego oświadczenia od lekarza, złożonego pod przysięga, ze stan Broni nie jest zaraźliwy, a jej umysł nie jest “niepewny”, odmówiono jej wizy. Żaden z prawników od spraw imigracyjnych ani kogresmenów, których proszono o pomoc, nie mógł przekonać władz, by zmieniły zdanie.

W tym samym czasie w Anglii sprawy nie układały się pomyślnie także u zaufanej przyjaciółki. Po rozstaniu z mężem, kobieta i jej dzieci zostały przygarnięte przez jej brata mieszkającego w Glasgow. Jednak brat nie miał zamiaru opiekować sie Broni i umieścił ja w Lennox Castle w Dumbartonshire bez wiedzy jej rodziny. Lennox Castle był szpitalem psychiatrycznym, w którym przebywali tez ludzie mający trudności w uczeniu się, oraz społecznie zbłąkani. Broni mieszkała tam do czasu zamknięcia instytucji w 1986 roku, po czym została przeniesiona to domu opieki społecznej Oxton House w południowej części Glasgow.

Te szczegóły – lub ich ocenzurowana wersje – przekazuje wiernym ojciec John Clark, misjonarz kombonianin z akcentem z Liverpoolu. Według niego “ludzie tacy jak Broni pokazują nam, jak popsute i niewłaściwe potrafi być społeczeństwo”. “Losy emigrantów nie pokrywają się z tym, co rozumiemy jako boski plan dla nas”.

Tysiące mil stad, w Houston w stanie Teksas, siostrzenica Broni – Elizabeth Berman – wzrusza się do leź słysząc ile osób przyszło na pogrzeb. Przez wiele lat, mieszkając przez chwilę w Wielkiej Brytanii lub później przyjeżdżając na wakacje odwiedzała ciotkę w domu opieki. W miarę rozwoju technologii, pozwalała Broni rozmawiać z rodzina przez telefon, i pojawiały się wtedy i śmiech, i łzy. “Wtedy już była szczęśliwa”, mówi pani Berman. “Nauczyła się trochę angielskiego od pracowników. Mawiała, ‘tutaj jest spokój’ – ‘here [Oxton House] is peace’. Potem mówiła ‘tam’, mając na myśli Lennox Castle, ale nie miała słów, by wyrazić co czulą, wiec przykładała ręce do uszu, marszczyła twarz i trzęsła się.”

Właścicielka Oxton House, Carole Cannell, mówi ze zajęło jej dwa lata by przekonać Broni ze nie musi kłaść butów pod poduszkę w nocy, żeby ich nie ukradziono. Później, kiedy już się oswoiła z miejscem, miała swój własny stół i krzesło, i złościła się kiedy ktoś inny próbował je sobie przywłaszczyć. Pani Cannell wspomina, ze Broni nie mówiła dużo, ale miała ulubiona polska piosenkę, która śpiewała czystym, pięknym głosem gdy ja o to poproszono.

Pani Berman ma teraz 60 lat. Jej matka – siostra Broni, Eugenia – ma 92 lata i mieszka w Chicago. Żadna z nich nie mogła przylecieć na pogrzeb Broni. Gdy wspomina o udręce, jaka przeżywała babcia Ludmiła po każdej wizycie w Lennox Castle w latach 70., widać jak bardzo cieniem na rodzinie położyła się rozłąka. “Pamiętam, jak babcia mówiła, ze nigdy nie opuściłaby Anglii, gdyby miała podejrzenie ze cos takiego może się stać”, wspomina pani Berman. “To prawda, ze Broni nie potrafiłaby sama o siebie zadbać, ale nie była chora psychicznie ani w żaden sposób agresywna, i nigdy nie byłaby obciążeniem dla stanu. Jej rodzeństwo zaopiekowałoby się nią.”

Przez ostatnie kilka lat pani Berman zagłębiała się w przeszłość. Przed wrześniem 1939 roku rodzina Francuzów mieszkała we wsi Borowicze (dzisiaj na Ukrainie) niedaleko wschodniej granicy, uprawiając działkę rolna która Jan otrzymał jako zapłatę za zasługi w trakcie I wojny światowej. Uprawiali warzywa, trzymali zwierzęta hodowlane i prowadzili sad.

Przez fizyczna niepełnosprawność Broni musiała uczyć się w domu, ale jej siostra pamięta, jak karmiła kurczaki i pomagała mamie ubijać ciasto w misce – migawki z codziennego, wiejskiego życia.

Inwazja Armii Czerwonej oznaczała ucieczkę do lasu, gdzie chowali się tygodniami zbierając jagody, zanim przeszli rzekę Styr i udali się do domu matki Ludmiły, która była pól-Rosjanka. Pomimo pochodzenia, rodzina została zabrana do niewoli przez komunistów, którzy najpierw wieźli ich saniami po śniegu, a potem wpakowali do zapchanych wagonów do przewozu bydła.

W gułagu wszyscy, którzy byli zdolni do pracy musieli pracować w zamian za skrawki jedzenia, którymi musieli się podzielić z tymi niezdolnymi do pracy – jak Broni. Praca czternastoletniej Eugenii było dłutowanie różnych nazw drewna na ściętych kłodach, które potem odsyłano dalej. “Na Syberii panował mróz, a jedyne co dostawali do jedzenia to były suchary lub cebula, albo jakaś szara zupa, żeby tylko utrzymać ich przy życiu. Moja babcia wspominała, że najgorszą rzeczą było patrzenie, jak jej dzieci staja się zgaszone i obojętne przez słabość spowodowana niedożywieniem.”

Po tym, jak Niemcy zaatakowały Rosje w czerwcu 1941 roku, obozy pracy zostały rozwiązane, a więźniowie objęci amnestia. Generałowi Andersowi, dopiero co wypuszczonemu z wwiezienia na Lubiance w Moskwie, powierzono zadanie stworzenia sil zbrojnych – 2 Korpusu Polskiego na Bliskim Wschodzie – i tak 50,000 przyszłych żołnierzy i cywili rozpoczęło wędrówkę pieszo i pociągami do Iranu.

Berman wspomina, ze warunki do życia były w tym czasie przerażające, a rodzina zmuszona była do żebractwa. Kiedy pociągi zatrzymywały się w niezaplanowanych miejscach, pasażerowie wyskakiwali, żeby znaleźć cos do jedzenia. “Pewnego razu moja matka była nadal poza pociągiem kiedy ten zaczął ruszać. Usłyszała tylko wolanie ojca, po czym zaczęła biec z wyciągniętymi rękami dopóki inny mężczyzna nie wciągnął ja bezpiecznie z powrotem.”

W Iranie sytuacja nie była lepsza. Panował chaos, nie było wystarczająco jedzenia dla wszystkich. Ciężki los wysiedlonych Polaków stawał się kłopotliwa sytuacja na arenie międzynarodowej. W Indiach Kira Banasińska, zona konsula generalnego w Bombaju, rozpoczęła kampanie na rzecz świadomości o wysiedleniach i zbierania funduszy, i wkrótce dwa stany – Nawanagar i Kolhapur – zaoferowały miejsca na obozy dla uchodźców. Do miejscowości Valivade w Kolhapurze skierowano 5,000 mężczyzn, kobiet i dzieci. Zdjęcia Valivade pokazują zorganizowana społeczność, ze szkołą, szpitalem, kościołem i warsztatami. Tak samo, jak w obozie Blackmoor, a jednak nie mogły one być traktowane jak “dom”. Stany Zjednoczone jawiły się jako nowy początek po 19 latach braku stabilności.

Jan Francuz miał 62 lata kiedy wraz z Ludmiła zawitali do Ameryki. Pani Berman – wtedy kilkuletnie dziecko – pamięta kiedy pierwszy raz ich poznała i usłyszała, “to twoi babcia i dziadek.” Mimo, ze Jan zbliżał sie do wieku emerytalnego, znalazł prace w dziale pocztowym firmy Sears, Roebuck & Co, która sprzedawała wszystko począwszy od siodeł, a skończywszy na domach z prefabrykantów. Był dumny z tego, ze nauczył się nazw wszystkich 50 stanów i miast w nich.

Pracował aż do 72 roku życia, żeby odłożyć dziesięć lat składek na amerykański program świadczeń społecznych, oraz żeby zabezpieczyć emeryturę i wsparcie finansowe dla Broni.

Rodzina się osadziła; wiedli dobre zżycie. Jednak ból po pozostawieniu córki nigdy nie przygasł. “Doprowadza mnie do szału to, co nadal widzimy na świecie, tysiące imigrantów wędrujących z Bliskiego Wschodu do Europy”, mówi pani Berman. “Ludzie, którzy są odpowiedzialni za spowodowanie takiego chaosu nie biorą pod uwagę tego, ze zwykli ludzie ponoszą konsekwencje ich decyzji nie przez rok, dwa, czy nawet dziesięć lat. Dotyka ich to przez resztę ich życia. Dotyka życia ich dzieci, tak jak mnie dotknęło, i chociaż ja sama nie mam dzieci, to wiem ze gdybym je miała – dotknęłoby także je. To szaleństwo.”

W kościele św. Heleny nabożeństwo pogrzebowe dobiega końca; trumna została pobłogosławiona, zapach kadzidła wypełnia pomieszczenie. Trumna Bronisławy Francuz leży już w karawanie na zewnątrz, przyozdobiona kwiatami, a samochód przygotowuje się do odjazdu na cmentarz w Car Donald, gdzie mieści się 16 polskich mogił wojennych.

Garstka parafian stoi na dziedzińcu z szacunkiem. “Historia tego, co przeszła chwyta za serce”, mówi Pat O’Neill. “Nie sposób nie robić porównań z tym co się teraz dzieje na świecie. Chociaż mamy inne czasy, następstwa dla ludzi są podobne. Ludzie, którzy nie zasługują na cierpienie i ból, i tak musza się z nim mierzyć.”